Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PARENTING. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PARENTING. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 maja 2017

JAK WSPIERAĆ ROZWÓJ MOWY - WSKAZÓWKI LOGOPEDY

Wiem, że to wyświechtany temat i po wpisaniu w google tytułu tego posta wyskakuje co najmniej milion stron z podobnymi artykułami. Jednak ostatnio weszłam w posiadanie wiedzy tajemnej w temacie wspierania rozwoju mowy u (skądinąd) niemowląt ;) i postanowiłam się nią z Wami podzielić :)


Niewątpliwą zaletą mojej pracy jest to, że mam możliwość pracowania ze specjalistami takimi jak pedagog, oligofrenopedagog, trener SI, czy logopeda. Ostatnio kilkukrotnie lekarze zwrócili mi uwagę na to, że Dzik jeszcze nie mówi. I żeby nie było: on jest dzieckiem swojej matki, więc mówi. Dużo. Nawet bardzo ;) Sęk w tym, że po swojemu i czasem udaje mu się zestawić sylaby w ten sposób, że wyjdzie z nich słowo przez dorosłych zrozumiałe ;) Jednak patrząc na niego, nie sądzę, żeby wiedział, o czym mówi ;) Postanowiłam jednak skonsultować się z logopedą i oto, co usłyszałam.


  • rozwój fizyczny idzie w parze z rozwojem mowy, jeśli na tym polu coś się nie zgadza, występują opóźnienia czy trudności, to nie pozostają one obojętne dla rozwoju mowy. Według specjalistów, Dzik ma ok. dwóch miesięcy poślizgu w stosunku do normy rozwojowej, oznacza to, że fakt, że nie mówi, wcale nie jest taki dziwny.
  • jeśli chcemy wspierać rozwój mowy dziecka, musimy zadbać o jego rączki. Wszelkie zabawy z paluszkami, dłońmi i rękoma są bardzo pomocne. Specjalistki w mojej szkole twierdzą, że istnieje duża zależność pomiędzy sprawnością manualną i rozwojem mowy.
  • dziecko uczy się mowy poprzez naśladowanie. Dlatego logopeda zaleciła nam kąpiele w słowach. Brzmi pięknie i jest banalnie proste. Cały myk polega na tym, żeby podczas najprostszych czynności opowiadać dziecku o wszystkim, co się robi. Podczas ubierania nazywamy po kolei części ciała, ubrania, opisujemy dziecku, co robimy. Np. zakładamy skarpetkę na lewą stopę, itp. Opisujemy otoczenie, w którym się znajdujemy, krajobraz na spacerze, itp.
  • dziecko do drugiego roku życia nie powinno oglądać telewizji (również bajek na tablecie czy smartfonie). Animowane kreskówki nie są niezbędne dziecku do rozwoju, a wręcz przeciwnie, mogą mu nawet w tym przeszkodzić. Ilość bodźców, jaką dostarczają filmy i bajki prezentowane na ekranie jest tak duża, że mały mózg nie wie, jak sobie z nimi poradzić. Poza tym telewizja grająca w tle może powodować tzw. szum komunikacyjny, który utrudnia maluchowi prawidłowe wyodrębnianie dźwięków.
  • jeśli chcemy wspierać rozwój mowy naszego dziecka powinniśmy zadbać o prawidłowy rozwój aparatu mowy. Róbmy z dzieckiem przeróżne miny, naśladujmy dźwięki, głoski. Ćwiczmy język, usta, szczękę, policzki. Szczerzmy zęby, oblizujmy się, śmiejmy się i rozdziawiajmy paszczę tak szeroko, jak się da. Jeśli zaczniemy robić to sami, jest szansa, że dziecko zacznie nas naśladować ;) Możemy też usiąść przed lustrem i robić to wspólnie.
  • w rozwoju mowy bardzo ważne jest również to, co i jak dziecko je i pije. Korzystne dla dziecka również z tego względu będzie karmienie piersią. Analogicznie więc zbyt długie karmienie butelką, jednolita konsystencja i papki nie będą stymulujące dla rozwoju mowy naszego malucha. Kubki niekapki, z dziubkiem czy inne przejściówki mogą wydłużać nawyk ssania i niekorzystnie wpływać na aparat mowy. Przeciwnie jednak bidon czy plastikowa rurka. Pijąc z nich poprawnie (!) dziecko przyzwyczaja język do pozycji, w której możliwa jest artykulacja np. głoski “s”. Nie trudno się domyślić, że w tym wypadku wygrywa również metoda BLW, ponieważ dziecko samo musi się napracować, żeby rozdrobnić zaproponowane mu kawałki. Przy tym nie lichą robotę musi wykonać język, żuchwa, podniebienie i przełyk. Wszystko to jest jak fitness dla małej buźki ;)
  • żeby nauczyć dziecko mówić trzeba do niego mówić. Dużo i dobrze. Trzeba dbać o poprawną wymowę, unikać zdrobnień, spłaszczeń i bobaskowej mowy. Nie mówimy dziecku, że idziemy dada, tylko idziemy na spacer. Najlepiej mówić do dziecka tak, żeby nas widziało (oczywiście w miarę możliwości).
  • dziecko uczy się mówić słuchając, warto więc zadbać o różnorodność: czytając bajki, słuchając audiobooków, śpiewając i słuchając piosenek. Nie ma się co wstydzić, dziecko bardzo chętnie słucha swoich śpiewających rodziców, bez względu na ich muzyczny talent.
  • niestety smoczek, butelka czy (jak w przypadku Dzika) kciuk może działać na niekorzyść prawidłowego rozwoju mowy i im szybciej pożegnamy te nawyki, tym lepiej.


Jak to zrobić? Wbrew pozorom to nic specjalnie trudnego. Chcecie kilka tipów? Proszę bardzo!


  • jeśli nie chcecie ryzykować powodzi w domu albo Wasz bobas nie porafi pić ze słomki do ćwiczeń możecie wykorzystać czas na kąpiel. Zanim wlejecie do wody płyn do mycia pobawcie się ze swoim bobasem w robienie bąbelków w wodzie. Zabawa gwarantowana i pierwsze ćwiczenia logopedyczne z głowy.
  • czytając lub oglądając książeczki dla dzieci warto skupić się na zwierzątkach i je poudawać. Dźwiękonaśladownictwo jest świetne jako gimnastyka buzi i języka, a przy okazji odhaczymy też czytanie ;)
  • jeśli Wasz bobas jest oporny w gimnastykowaniu języka, rozsmarujcie mu na ustach ulubiony przysmak. Czekolada, masło orzechowe, mus owocowy, jogurt… niby podstęp, ale wyjdzie maluchowi na dobre ;)
  • jeśli praktykujecie w swoim domu relaksację i wyciszanie, możecie spróbować taki myk: kiedy w pokoju, w którym jesteście zapanuje cisza, proponujecie dziecku wspólne wsłuchiwanie się w odgłosy domu: przejeżdzające ulicą samochody, krople deszczu stukające o szybę, innych domowników, zwierzęta, tykający zegar, ćwierkające ptaki itp.
  • pamiętajcie, że nic na siłę. Jeśli dziecko wyraźnie komunikuje, że ma dość, należy to uszanować, bo w przeciwnym razie i tak nic z tego nie wyjdzie. Mało tego sami się wściekniecie, a dziecko się zrazi i może nie chcieć więcej współpracować ;(


To chyba najważniejsze rzeczy, które pamiętam z mojej rozmowy ze szkolnym logopedą. Jeśli macie jakieś ciekawe i przyjemne ćwiczenia logopedyczne, dajcie znać w komentarzu :) Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dała upustu swojemu zboczeniu zawodowemu i nie napisała o jednej ważnej rzeczy:


Jeśli Wasze dziecko jest wielojęzyczne to jest duże prawdopodobieństwo, że będzie mówiło dużo później niż jego jednojęzyczni rówieśnicy. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, dla pewności lepiej skonsultować się ze specjalistą :)

piątek, 17 marca 2017

JAK WYLALIŚMY DZIECKO Z KĄPIELĄ

Dziecko w szóstym miesiącu swojego życia podwaja swoją wagę urodzeniową, siedzi stabilnie z podparciem lub bez, próbuje raczkować, chwyta przedmioty, potrząsa nimi i upuszcza je na podłogę. Ponadto wypowiada swoje pierwsze, nieświadome jeszcze ma-ma i przygotowuje się do raczkowania. Drogi Rodzicu, pamiętaj jednak, że dzieci są różne, rozwijają się w różnym tempie i każde w swoim czasie. Nie należy robić nic na siłę i do niczego zmuszać, jak będzie gotowe, żeby daną sprawność osiągnąć, to ją osiągnie (źródło).



Tak mniej więcej możemy scharakteryzować większość informacji dotyczących norm rozwojowych, kroków milowych i innych ważnych momentów w życiu brzdąca, jeśli chcemy umiejscowić je na osi czasu. Sama wielokrotnie przewracam oczami na sam dźwięk pytania Chodzi już? Ale tak naprawdę tylko w wyobraźni przewracam tymi swoimi oczami. Zamiast tego cierpliwie i z uprzejmym uśmiechem odpowiadam, że Jeszcze nie. I szybko dodaję, że nie raczkuje, i że dopiero jak miał dziesięć miesięcy to usiadł… W głowie zazwyczaj huczy mi wówczas pytanie, czego ci wszyscy ludzie chcą od tego mojego dziecięcia biednego. Przecież wszystko w swoim czasie… Ostatecznie jestem przepełniona litością dla tych biednych, maluczkich, co to się w ogóle, ale to w ogóle na nowoczesnym rodzicielstwie nie znają.

W końcu jednak okazuje się, że to dziecko mogłoby już dawno siedzieć, a i raczkować by wypadało, a tak w ogóle, to chyba już okienko raczkowania powoli się zamyka i zdaje się, że to nasze dziecko chyba całkowicie pominie ten etap w swoim życiu. Dokładnie ten sam etap, o którym jeszcze kilka postów temu pisałam, że jest wręcz KLU CZO WY! Skąd to wiem? Ano stąd, że nasza pediatra w końcu powiedziała basta i wysłała nas na konsultację do poradni rehabilitacyjnej. My oczywiście, jak na nowoczesnych rodzicieli przystało, ze stoickim spokojem stwierdziliśmy, że nie damy się zaszczuć jakimś tam normom rozwojowym (w końcu już samo słowo norma brzmi narzucająco, a przecież każde dziecko jest inne i tak dalej…) i bez paniki i pośpiechu poczekamy na wyznaczoną wizytę bite dwa miesiące.

Na wizycie pani doktor (neurolog) orzekła co prawda, że dramatu nie ma, ale jednakowoż ćwiczenia z fizjoterapeutą się dziecku przydadzą, bo ma obniżone napięcie mięśniowe. Niby to nic takiego, niby wszystko jest do zrobienia i niby fajnie, że w miarę szybko się zgłosiliśmy do specjalisty… ale… No właśnie, jakoś nie mogę pozbyć się tego cieniutkiego i cichutkiego głosiku w głowie, że jednak daliśmy ciała i, że trzeba było zareagować wcześniej. Być może pewne rzeczy zrobić szybciej, a z innych zrezygnować… Ponieważ jednak samobiczowanie nie jest mi za bardzo w smak, nie słucham tego małego pajaca w mej głowie zbyt często. Zamiast tego wolę przyznać się sama przed sobą, że owszem, trzeba było zareagować wcześniej, ale  teraz to i tak nie ma znaczenia, bo co się stało to się nie odstanie ;) Zamiast tego wolę też skupić się na spotkaniu z fizjoterapeutą i ćwiczeniach, które nam pokaże.


poniedziałek, 27 lutego 2017

DYSLEKSJA I SPÓŁKA CZĘŚĆ II


W poprzednim poście pisałam, jak ugryźć dysleksję i inne trudności w uczeniu się. Ten wpis będzie o tym, jak wspierać rozwój dziecka, żeby takim trudnościom zapobiegać, albo chociaż minimalizować ich skutki. Zatem jedziemy:

➤ Jeśli jesteś przyszłą mamą, uważaj na siebie. Wiadomo, że ciąża to nie choroba (przynajmniej nie dla wszystkich) i nie oznacza, że masz teraz leżeć plackiem. Co to, to nie. Racjonalna aktywność fizyczna nie tylko stymuluje bobasy, ale także pomaga przygotować się do porodu. Jeśli jesteś przyszłym ojcem, zadbaj o odpowiednią dietę, zmień złe nawyki i zatroszcz się o rozwój swojego malucha. Mów do niego, czytaj, jeśli chcesz, to śpiewaj 😊. Na pewno już wiecie, że słuch rozwija się u dziecka już około 14 tygodnia ciąży, warto dbać o niego od początku.

➤ Poród to bardzo ważny czynnik w rozwoju układu nerwowego. Od jego przebiegu zależy więcej niż nam się wydaje. Dlatego jeśli rozważacie opcje pod tytułem cesarka na żądanie, zastanówcie się dobrze. Podczas porodu siłami natury dochodzi do wielu procesów, które są szalenie istotne dla dalszego rozwoju dziecka. Na przykład przeciskanie się dziecka przez kanał rodny pobudza ośrodek czucia głębokiego (propriocepcję), który odpowiada między innymi za odczuwanie własnego ciała i jego położenie w przestrzeni. Dzieci urodzone przez cesarskie cięcie są często niedociśnięte i powinny być dostymulowane w późniejszym etapie swojego życia (np. przez spowijanie). Poza tym poród siłami natury pobudza wiele odruchów pierwotnych, których pojawienie się jest kluczowe dla dalszego rozwoju. Podczas porodu siłami natury wydziela się naturalna oksytocyna, która wspomaga laktację, dzięki temu kobieta ma większą szansę na prawidłowe karmienie piersią, co z kolei wspomaga układ nerwowy.

Nie chcę tutaj siać paniki czy powodować aktów samobiczowania u tych mam, które rodziły przez cesarskie cięcie. Pamiętajcie, że w życiu nie na wszystko mamy wpływ! Jeśli urodziłaś przez cesarkę, nie oznacza to od razu, że Twoje dziecko będzie miało niepowodzenia w szkole!
➤ Stymulowanie rozwoju niemowląt to temat rzeka. Cały ambaras jednak tkwi w tym, żeby znaleźć złoty środek pomiędzy pozostawianiem niemowlaka samego sobie, a korepetycjami z mandaryńskiego od urodzenia. Chociaż nam dorosłym trudno to czasem pojąć, dla dziecka najlepszą nauką jest zabawa. Tak jak noworodek najczęściej głównie je i śpi, tak już u kilkumiesięcznych niemowląt można zauważyć ciekawość świata i chęć jego poznawania. Na początku dziecku niewiele jest potrzebne do szczęścia. Wystarczą własne rączki, nóżki, łóżeczko, rodzic (jego twarz, dłonie, głos). Poprzez dotyk, przebywanie w różnych pozycjach dziecko stymuluje rozwój zmysłów i mięśni. Nasze słowa, piosenki, muzyka i inne dźwięki stymulują rozwój słuchu. 

➤ Warto wspierać również koordynację wzrokowo-ruchową  malucha. Nie trzeba wcale zapisywać dziecka na specjalne ćwiczenia, wystarczy je obserwować i czasem pozwolić na odrobinę samodzielności. Nawet tak prozaiczne rzeczy jak jedzenie mogą pozytywnie oddziaływać na rozwój motoryczny naszego malucha. Na przykład rozszerzanie diety metodą BLW wymaga od dziecka pewnego skoordynowania ruchów (trzeba bowiem złapać jedzonko, a następnie dostarczyć je do paszczy 😉). Mimo że chyba każdemu przechodzą po plecach ciarki na myśl, że dziecko będzie froterować podłogi i wyjadać kurzowe koty z zakamarków (o wkładaniu palców do kontaktu nie wspomnę 😂) jednak pełzanie i  czworakowanie jest dość przełomowe w kwestii profilaktyki trudności w uczeniu się. Obie czynności wymagają bowiem nie lada wysiłku ze strony układu nerwowego. W końcu to nie lada wyzwanie wykombinować jak tu naprzemiennie machać rękoma i nogami tak, żeby przemieścić się z punktu A do punktu B i nie upaść na twarz. Być może dlatego niektóre dzieci nie mogą przez to spać z wrażenia 😉 

➤ Na dalszym etapie rozwoju warto zadbać o małą motorykę dając dziecku do ręki kredę, farby, kredki, plastelinę itp. Pamiętajcie, że pociąg dzieci do rysowania po ścianach jest raczej naturalny (często od tego właśnie się zaczyna: najpierw ściana, później chodnik albo podłoga, a dopiero na końcu stolik), można wówczas odpowiednio zaaranżować domową przestrzeń, malując fragment ściany farbą tablicową, kupując tablicę kredowo-magnetyczną albo wieszając na ścianie kawałek brystolu.
Dobrym stymulatorem są także różnego rodzaju sortery, puzzle czy układanki, a w późniejszym wieku czynności manualne takie jak wiązanie butów, zapinanie guzików, szydełkowanie, robienie na drutach i tym podobne zabawy. Pamiętajcie tylko, że dziecko samo powinno zainicjować zabawę. Możemy zaproponować dziecku narzędzia i czekać na reakcję. W żadnym wypadku nie powinniśmy dziecka zmuszać. Nieco starszym dzieciom można zaproponować zabawę ciastoliną lub plasteliną. Świetnym pomysłem będzie również wspólne gotowanie, wyrabianie ciasta, wykrajanie kształtów ciasteczek, ugniatanie, mieszanie, itp.

Zabawy na powietrzu z naturalnymi przeszkodami. To jest coś, co często wykorzystują terapeuci integracji sensorycznej. Wszelkiego rodzaju huśtawki, krawężniki, piaskownica, drabinki, zjeżdżalnia, drzewa i trzepaki, rolki, rower czy hulajnoga czyli wszystkie rzeczy, które powodują palpitację serca u większości mam i babć, przyczyniają się do rozwoju psycho-ruchowego naszych dzieci. Nie zbadałam tego jeszcze, ale podobno dyslektycy mają spory kłopot z utrzymaniem kierunku jazdy na rowerze w momencie, kiedy muszą odwrócić głowę w jedną lub w drugą stronę. Najczęściej barki kierują w tą samą stronę, w którą patrzą.

Książki i inne czytadła. Pewnie już wiecie, że dzieciom warto czytać książki kiedy są jeszcze w brzuszku. Oprócz tego, że zaznajamiają się one wówczas z Waszym głosem, rozwijają słuch, a później wyobraźnię i tworzą nowe połączenia nerwowe, czytanie książek jest najlepszym sposobem na zainteresowanie dziecka tą czynnością. A od zainteresowania do faktycznego czytania droga już niedaleka 😊 Przy okazji tego punktu zdradzę Wam pewną ciekawostkę: otóż w szkole podstawowej i w gimnazjum sama byłam poddana testom na trudności w uczeniu się (wówczas jeszcze były to testy na dysleksję i dysortograafię). Przyczyna była prosta, wszystkie, ale to wszystkie wypracowania pisałam na dwie oceny. Na przydkład dwójkę i piątkę (tę pierwszą za ortografię). Testy w poradni oblałam 😂 Okazało się, ze dysortografii nie mam. Za to mama zapisała mnie do biblioteki miejskiej i nakazała czytać przynajmniej dwie książki lub czasopisma w miesiącu. Po pół roku moje dolegliwości cudownie ustąpiły 😉 

Jakiś czas temu odkryłam też dlaczego za naszych czasów (albo za czasów naszych rodziców) dysleksji nie było! Przypomnijcie sobie, jak wówczas był skonstruowany świat... Dzieci mnóstwo czasu spędzały na dworze, na trzepakach i drabinkach, grając w klasy, w gumę, chodząc po drzewach, mam wrażenie, że częściej pomagały w kuchni. Nawet łazienki nie były takie, jak teraz! Pamiętacie krany z kurkami? A mydła w kostce? A zajęcia praktyczno-techniczne? Wszystko to sprawiało, że dzieci mimowolnie rozwijały dużą i małą motorykę, a przy okazji integrację sensoryczną i koordynację wzrokowo-ruchową.



czwartek, 16 lutego 2017

DYSLEKSJA I SPÓŁKA



Na początek małe wyjaśnienie:


Wielkimi krokami zbliża się czas mojego powrotu do pracy, co sprawia, że coraz częściej myślami już w niej jestem. Dlatego pozwoliłam sobie wysupłać na blogu odrobinę przestrzeni i wymościć w nim eleganckie miejsce na zakładkę pod tytułem offtop. Będziecie tu mogli znaleźć małe co nieco o tym, co aktualnie zaprząta mi głowę jeśli w temacie odmiennym niż AZS i skóra niemowlaka 😉 Dziś na warsztat idzie dysleksja.

Generalnie, jeśli chodzi o dysleksję, świat dzieli się na dwie części: jedni to ci, który na samo słowo dysleksja (albo dyslekcja) przewracają oczami i wygłaszają teorie o tym, jak to kiedyś tego nie było! Uczeń był leniwy, dostał dwóje, potem rodzic poprawił pasem i od razu brał się do roboty! Są jeszcze drudzy, którzy jednak wierzą w to mityczne (jak się wydaje) zjawisko, pochylają się nad nim z utrapieniem i próbują jakoś z tym współpracować.

Tej pierwszej grupie najchętniej odpowiadam, że owszem, kiedyś tego nie było, podobnie jak nie było dronów, Facebooka, teorii strun, smartfonów czy alergii. Pytanie tylko, czy jeśli ktoś tego nie nazwał wcześniej, to znaczy, że tego nie było (jak w przypadku teorii strun)? Czy może pewne występujące współcześnie zjawiska są ceną, którą przychodzi nam płacić za poziom życia, jaki udało nam się osiągnąć (podobnie jest z alergiami czy, nie przymierzając, z AZS). Mało tego, dam sobie uciąć rękę, że niejeden dyslektyk w przeszłości wylądował ze skutecznie podciętymi skrzydłami, zaszufladkowane jako głupek czy nieudacznik albo ofiara, bo nie wpasował się w kanon ówczesnych wymagań, a my straciliśmy przez to doskonałego fachowca, artystę czy humanistę... Tak, czy inaczej, jeśli jakiś nauczyciel lub lekarz wyskoczy z wyświechtaną za moich czasową teorią, najlepiej zmienić lekarza i nauczyciela. Taka moja rada 😉   

Zacznijmy jednak od początku:

Co to toto jest?


Otóż, trudności w uczeniu się (dysleksja dysgrafia, dyskalkulia, dysortografia) to specyficzne zaburzenia percepcyjno-motoryczne (czyli najprościej rzecz ujmując spostrzegawczo-ruchowe). Mikrouszkodzenia, które powstają w neuroprzekaźnikach, zaburzają współpracę różnych funkcji (pamięci, funkcji językowych, leteralizacji, percepcji wzrokowej, słuchowej, itp.). Generalnie chodzi o to, że bodźce odbierane są prawidłowo przez ucho bądź oko, jednak na linii oko-ręka coś sprawia, że nie mogą być odpowiednio przetworzone. 

➤ O trudnościach w uczeniu się możemy mówić w przypadku dzieci (a także dorosłych) w tak zwanej normie intelektualnej

➤Ponadto zanim zdecydujemy się na przebadanie dziecka pod kątem specyficznych trudności w uczeniu się, warto wykluczyć wady i zaburzenia fizjologiczne (np. wada wzroku w jednym oku może niekorzystnie wpływać na odczytywanie wyrazów czy zdań, wada słuchu może odbijać się na zrozumieniu treści, a wzmożone lub obniżone napięcie mięśniowe mogą wpływać na jakość pisma). 

➤ Trudności w uczeniu się diagnozuje się u dzieci, które potrafią czytać, pisać i przeliczać (problemy z czymś, czego dziecko się dopiero uczy są przecież czymś normalnym). W praktyce na ogół jest to czwarta lub piąta klasa szkoły podstawowej. Wcześniej poradnie psychologiczno-pedagogiczne nie formułują raczej takich opinii. Przyczyna jest bardzo prosta: tak jak na kursie nauki jazdy instruktor nie zabiera delikwenta na tor wyścigowy, tak od dziecka, które dopiero zaczyna przygodę z literkami, głoskami i liczbami trudno wymagać biegłości w tych dziedzinach. Normalne jest, że dziecko na początku przekręca głoski, pisze koślawo i połyka litery. Często zdarza się, że dzieci zapisują wyrazy tak, jak je słyszą i do pewnego etapu jest to normalne. Praktyka jednak czyni mistrza i z czasem takie kwiatki powinny zanikać. Zdarza się jednak (niestety i stety) coraz częściej, że do poradni trafiają już dzieci młodsze. W takim przypadku można zdiagnozować trudności w uczeniu się już na pierwszym etapie edukacji i najcześciej mówi się wówczas o zagrożeniu dysleksją.  

Jak toto rozpoznać?


Dysleksję i jej towarzystwo diagnozuje się w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Najczęściej wygląda to tak, że nauczyciel zwraca uwagę rodziców na dany problem i oni mogą (bo nie muszą) udać się z tym do poradni (wszystkie wnioski, formularze i inne dokumenty dostępne są na miejscu). W większości poradni czas oczekiwania na badanie jest dość długi i trzeba odczekać swoje (taki mamy klimat). Co powinno sprawić, że zapali nam się czerwona lampka?

➤ Powtarzające się problemy z głoskowaniem (mylenie głosek dźwięcznych i bezdźwięcznych, np. b-p, g-k, d-t, itp.) i sylabizowaniem. 
➤ Niestaranne kolorowanie i rysowanie (które nie wynika z pośpiechu, presji czy niechęci)
➤ Niestaranne pismo (a raczej brak postępów w doskonaleniu sztuki pisania)
➤ Nieprawidłowy zapis liter i cyfr (lustrzane odbicie, zapisywanie wyrazów tak, jak je słyszymy, np. chlep, itp.)
➤ Problem z zadaniami testowymi typu: łączenie w pary, dobieranie zakończenia do podanego zdania, itp.

Odbicie lustrzane

Skąd toto się bierze?


Na pewno nie z lenistwa 😉 Polskie Towarzystwo Dyslektyczne i AAP wskazują dwie przyczyny:

➤ Pierwsza to oczywiście genetyka, na którą raczej wpływu nie mamy, bo genów nie oszukasz. Warto jednak pamiętać, że w przypadku, gdy któreś z rodziców borykało się z trudnościami w uczeniu się, szanse, że ich dziecko również będzie mieć takie trudności, rosną. 

➤ Uszkodzenia neurologiczne powstałe w ciąży - wadomo, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu, ale ciąża to czas szczególny (nie choroba), więc warto zadbać o siebie i o maluszka. Czasem wystarczy z czegoś zrezygnować, czasem podjąć nowe działania 😉

➤ Uszkodzenia powstałe podczas porodu - często poród jest wolą nieba, a jego prawidłowość zależy od wielu czynników. Jeśli jednak ktoś zastanawia się nad cięciem cesarskim na życzenie, to warto tę decyzję dokładnie przeanalizować, ponieważ dzieci urodzone przez cc są bardziej zagrożone dysleksją niż te urodzone siłami natury.

➤ Zaniedbanie i pogłębianie nieprawidłowych nawyków - warto obserwować swoje dziecko i dbać o jego prawidłowy i zrównoważony rozwój motoryczny. Zapewniać mu (już w okresie niemowlęctwa) bodźce dostosowane do wieku i aktywnie spędzać czas (najlepiej wspólnie). Wszelkie zabawy manualne to zawsze dobra forma rozrywki 😊

Co dalej?


Dysleksja to nie wyrok. Mając opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej o trudnościach w uczeniu się trzeba dokładnie zapoznać się z jej zaleceniami.

➤ Dobra opinia poradni jest jak diagnoza lekarska - pozwala zrozumieć przyczyny i pokazuje, jak osiągnać poprawę (w tym celu trzeba zapoznać się z zaleceniami dla rodziców i nauczycieli/ wychowawców)
➤ Opinia poradni to nie paszport Polsatu. Nie pomoże zdać do następnej klasy, czy dostawać lepsze oceny w szkole (z resztą, czy naprawdę o to nam chodzi?). Pamiętajcie, że sam papierek nie załatwia sprawy. Jeśli chcecie poprawić komfort życia swojego dziecka, warto zastosować się do zaleceń w nim zawartych.  W końcu na szkole świat dziecka się nie kończy.
➤ Respektowanie zaleceń opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej to obowiązek zarówno dla nauczycieli jak i rodziców. Jeśli nauczyciel nie stosuje się do zaleceń, macie prawo tego od niego wymagać. Pamiętajcie również, że to samo tyczy się zaleceń dla rodziców 😉


Pamiętajcie!


➤ Dysleksja nie dyskwalifikuje. Jeśli dziecko ma stwierdzone trudności w uczeniu się, nie oznacza to, że dobre liceum, kursy czy studia nie są dla niego. Odpowiednio poprowadzone dziecko ma szansę odnaleźć się niemal w każdym zawodzie

➤ Dysleksja często idzie w parze lub jest mylona z innymi zaburzeniami (np. z zaburzeniami integracji sensorycznej, skrzyżowaną lateralizacją, nadwrażliwością, itp.)

➤ Jest akcja, musi być reakcja - już w następnym wpisie będzie o sposobach na wspieranie rozwoju motorycznego dzieci, co przydaje się jako profilaktyka trudności w uczeniu się 😊 Na tym blogu się nie użala, na tym blogu się działa 😉

Do poczytania:

piątek, 20 stycznia 2017

ZEPSULIŚMY DZIECKO


Patrzysz na to swoje dziecko i zastanawiasz się, w którym miejscu popełniliście błąd? Czasem nawet nie musisz się zastanawiać, bo ktoś werbalizuje te myśli za Ciebie, na przykład Twój kochający Małżonek, zdobywca nagrody Ojciec Roku, certyfikowany samiec rozpłodowy i posiadacz kubka z napisem Super Tata. Czasem może to być kochana mamusia, laureatka tytułu Matki nad matkami. Rodzicielka najlepszych okazów, jakie nosi ten świat. Matka geniuszy, które w wieku zaledwie pięciu miesięcy pochłaniały ze smakiem kotleta schabowego, rozwiązując sudoku i samodzielnie się przewijając jednocześnie. Na szczęście dla mnie ani Kolega Małżonek ani Szanowna Teściowa nawet nie pomyśleli, żeby uderzyć w tą mańkę. Zrobiła to nasza pani doktor, znana również jako pediatra. 

No bo jak to tak, że dziecko w wieku Dzika nie siada, nie siedzi, nie chodzi, nie macha łapką na pożegnanie i nie pokazuje, gdzie jest kotek w książeczce o zagubionym kotku??? 😓 I już do nas frunie skierowanie do poradni rehabilitacyjnej sztuk jeden i komplecik najpotrzebniejszych badań.

Więc stoję tak i patrzę na to swoje dziecię i myślę, gdzież tu popełniliśmy błąd...? I od razu pojawia się mnóstwo pomysłów: że noszenie (w sensie, że na rękach i że przodem do siebie i do świata i pewnie źle w chuście też), że bujaczek-leżaczek aka Zło Wcielone Najgosze, ale jak bez niego przetrwać i bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym pozostać? W końcu to dzięki niemu można spokojnie i bez stresu o dziecko umyć uszy, zęby i futerko, ugotować obiad, czy kawę zaparzyć. W końcu, że na boku kładziony od małego... i cóż z tego, że tak łatwo mu było zasnąć? I jeszcze większe cóż, że na zmianę na tym boku, teraz mamy za swoje. Że za mało na brzuszku, to z pewnością! Trzeba było nauczyć spać na brzuszku! A nie, sorry na brzuszku nie, bo to grozi śmiercią łóżeczkową! Ale na pewno więcej trzeba było na brzuszku kłaść! Że nie-BLW karmiony, tylko, o zgrozo!, łyżeczką! I... (nowoczesne matki możecie zamknąć oczy) paćką! I tyle czasu w podróżach, w tym foteliku ciągle... Jak żyć?! Zepsuliśmy dziecko, jak nic...

Prawdopodobnie popełniliśmy jakieś błędy. Coś zrobiliśmy, a czegoś nie. Więc raczej z pewnością popełniliśmy błędy, ale któż ich nie popełnia? Kontrola u lekarza na chwilę wywołała u mnie chęć do samobiczowania, na szczęście jakiś skrzat, który stoi w mojej głowie na straży zdrowia psychicznego, od razu udał się w czeluście pamięci i przywołał słowa Gill Rapley, które wyczytałam kiedyś u Hafiji, a które mówą o tym, że takie umartwianie nie przynosi wiele korzyści, bowiem każdy z nas jest najlepszym rodzicem, jakim w danym momencie może być. W końcu celowo nie psujemy naszych dzieci 😉 A jeśli już zdamy sobie sprawę z popełnionych błędów (o ile ich sobie nie wkręcamy) możemy spróbować je naprawić 😊

czwartek, 1 grudnia 2016

CO CHCIAŁABYM ZNALEŹĆ POD CHOINKĄ

Wielkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenie, a co za tym idzie szał świątecznych zakupów i krocie wydane na prezenty dla najmłodszych. O ile sami rodzice mają mniej więcej jasno sprecyzowane cele co do zawartości choinkowych paczek swoich pociech, reszta rodziny niekoniecznie musi znajdować się w podobnej sytuacji 😉 Dlatego pozwoliłam sobie na chwilę refleksji w tym temacie i sporządziłam listę prezentów, którymi nie pogardziłabym w przypadku mojego osobistego dziecka 😊


COŚ, CZEGO DZIECKO BARDZO PRAGNIE. Osobiście jestem bardzo za spełnianiem marzeń, bo w końcu kiedy to robić jak nie podczas świąt? Nie oznacza to jednak, że będę kupować dziecku wszystko, co tylko umieści ono w swoim liście do Świętego Mikołaja. Mimo wszystko warto taki list przeanalizować i wybrać z niego jakąś ciekawą pozycję 😊 Uważam, że spełnianie marzeń jest nieodłączną częścią świąt, a dzieciom, które wierzą w to, że marzenia się spełniają łatwiej będzie osiągać założone sobie cele w życiu. 😊

KSIĄŻKA. Dobra książka nie jest zła. Wiadomo, że czytanie rozwija wyobraźnię i pomaga nawiązywać i pogłębiać więź z dzieckiem. Do tego kontakt z książkami pomaga maluchowi w nauce czytania. Brzmi dziwnie? Skąd. Nauka czytania zaczyna się bowiem już w pierwszych miesiącach życia dziecka, kiedy to pojawia się pierwsze zainteresowanie książkami w różnych postaciach. To najlepsze podwaliny do dalszego rozwoju tej umiejętności. Jeśli chodzi o książki to w pierwszych miesącach życia dziecka treść nie ma większego znaczenia, bowiem dziecko uwagę przywiązuje głównie do głosu czytającego i towarzyszących tekstowi obrazków. Dlatego dla najmłodszych maluchów polecam wszelkiego rodzaju wierszyki i krótkie bajeczki z kolorowymi obrazkami. Myślę, że każde dziecko powinno mieć w swojej biblioteczce wiersze Tuwima, Brzechwy czy Chotomskiej. Osobiście lubię też wierszyki Tadeusza Śliwiaka 😊 Jeśli chodzi o książki dla nieco starszych, to świetną listę stworzyła Dagmara z calareszta.pl. Możecie ją sprawdzić TU. Ja z pewnością coś dla nas znajdę 😊


PRZYTULANKA.  O tym, jak ważne mogą być przytulanki przekonał się chyba każdy z nas. Przytulanki mają w sobie ogromny potencjał, bo dosłownie w mgnieniu oka mogą stać się towarzyszem zabaw, powiernikiem sekretów, przyjacielem, poduszką i obrońcą przed wszelkimi strachami. W dodatku wszystkie te funkcje mogą pełnić jednocześnie. Jeśli Wasz wybór padnie na przytulankę właśnie, warto przystanąć na chwilę i przeanalizować te dostępne na rynku (a jest ich sporo!), żeby wybrać właściwą. Jeśli chodzi o małych alergików i atopików, raczej można darować sobie pluszowe misie. Mają one bowiem tendencje do zbierania kurzu, a on często jest odpowiedzialny za występowanie alergii i zaostrzenia w przypadku AZS. Wybierając przytulankę dla atopika proponuję skusić się na naturalne i hypoalergiczne tkaniny i materiały (np. filc czy bawełna), które jednocześnie łatwo można utrzymać w czystości czy odświeżyć. Warto też pamiętać, że dzieci do ukończenia pierwszego roku życia nie powinny spać w towarzystwie przytulanek.


PIANKOWA MATA. Świetna sprawa w przypadku poszukiwań prezentu dla niemowlaka. Dobra mata charakteryzuje się przede wszystkim jakością wykonania, dzięki czemu nie uszkodzi się tak łatwo. Nie zawiera szkodliwych substancji chemicznych, za to posiada atesty potwierdzające bezpieczeństwo użytkowania przez najmłodsze dzieci. Poza tym taka mata stanowi doskonałą izolację, dlatego jest doskonałym miejscem zabawy i nauki (np. raczkowania). Do tego łatwiej utrzymać ją w czystości niż dywan. Na rynku mamy mnóstwo mat piankowych. Od popularnych puzzli z chińskich sieciówek za małe pieniądze, po dizajnerskie maty w kolorach ziemi za o wiele większe pieniądze. Te pierwsze odrzuciłabym od razu, ponieważ ich pochodzenie i produkcja są bardzo niepewne. Co do tych droższych, to już kwestia indywidualna, na ile taka mata ma być elementem wyposażenia domu i tłem do robienia pięknych zdjęć, a na ile miejscem zabawy małego szkraba.

UBRANKA. Dla mnie to świetny pomysł na prezent, bo w przypadku dzieci (właściwie nie tylko) akurat tego towaru nigdy za wiele. Dzieci bywają często przebierane kilka razy dziennie, więc taki prezent jest jak znalazł w każdym wieku. W dzisiejszych czasach oferta jest tak duża, że na wybieraniu jednej rzeczy można spędzić kilka godzin czy nawet dni. Jeśli chcemy obdarować maluszka ubrankiem warto, moim zdaniem, wybrać coś wyjątkowego. Coś, czego na przykład rodzice sami by nie kupili. I nie mam tutaj na myśli stroju jednorożca (chociaż jeśli dziecku na tym bardzo zależy, to czemu nie 😉).  Świetnym pomysłem są na przykład ubranka personalizowane, albo zestawy typu mama i dziecko. Osobiście bardzo cenię sobie ubrania (i nie tylko) szyte ręcznie w małych przydomowych pracowniach. To sprawia, że takie ubranka są naprawdę niezwykłe. Wybierając ubranko dobrze jest zorientować się w rozmiarze, a w przypadkach niejednoznacznych lepiej wybrać ten większy rozmiar. Trzeba jednak pamiętać, żeby nie przedobrzyć, w przeciwnym razie bluzę z reniferkiem dziecko ubierze dopiero latem 😉

ZABAWKI. To taka ogólna kategoria, do której schowałam wszelkiego rodzaju klocki (zarówno Lego, Lego Duplo, jak i takie zwyczajne, drewniane), zabawki modułowe (czyli takie, do których można z czasem dokupić kolejne zestawy, moduły, elementy czy rozszerzenia), układanki (puzzle, klocki, piramidki, sortery, itp.) czy gry (w tym moje ulubione planszówki). Jeśli mamy w rodzinie lub wśród znajomych majsterkowicza świetnym pomysłem może okazać się kupno modelu do składania. Wybierając zabawki dobrze jest zwrócić uwagę na producenta, czy dana zabawka posiada atesty (przynajmniej znaczek CE), czy nie zawiera substancji szkodliwych i, przede wszystkim, na wiek, od którego zabawa danym przedmiotem jest rekomendowana i bezpieczna. Ja bardzo lubię zabawki wykonane ręcznie, np. drewniane klocki i jeździki czy układanki ręcznie malowane.

KARTA PODARUNKOWA. Kiedyś byłam przekonana, że karta podarunkowa to najprostsze wyjście dla leniuchów. Teraz uważam, że taki voucher to jeden z lepszych wynalazków ludzkości. Kiedy nie jesteśmy pewni co do zakupu albo po prostu nie wiemy, co kupić, wówczas możemy sięgnąć po kartę do jednej z ciuchowych sieciówek, wykupić voucher na rodzinny wypad do kina, czy centrum rozrywki (i tutaj mam na myśli szerokie rozumienie tego słowa nie tylko salę zabaw w centrum handlowym), interaktywnego muzeum (np. Muzeum mydła i historii brudu w Bydgoszczy) 😉, strzelnicy, stadniny koni, czy innego przybytku rozrywki. Moim zdaniem ciekawym rozwiązaniem może być też voucher na zakupy w internetowym sklepie z eko kosmetykami. W przypadku atopików to naprawdę dobry pomysł, ponieważ rodzice sami będą mogli zdecydować, czego akurat im potrzeba.

Jeśli macie swoje wypróbowane prezenty na gwiazdkę i nie tylko, napiszcie o nich w komentarzach 😊

P.S. Zdjęcia pochodzą z mojej galerii, jeśli któreś Ci się spodobało i chcesz je wypożyczyć, skontaktuj się ze mną 😉

wtorek, 22 listopada 2016

ZAMOTANI

Każdemu czasem zdarza się dzień, który najchętniej spędziłby w łóżku. No, chyba że jest niemowlakiem... U niemowlaka często opcja łóżko zastępowana jest przez opcję rączki 😱  No i wszystko fajnie, tylko konia z rzędem temu, komu uda się to robić cały dzień, albo chodziaż pół dnia, no dobra, choćby godzinę 😉 Mnie się nie udawało. 

Nie będę się tutaj rozpisywać na temat konieczności zaspokajania dziecięcej potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem, a co za tym idzie przytulania i (uwaga!) noszenia. Chyba, że macie takie życzenie, napiszcie to w komentarzach, a ja postaram się spełnić tę prośbę 😊 W tym momencie napiszę tylko, że po głębszym zastanowieniu się, kilku artykułach i spotkaniach ze specjalistami doszłam do wniosku, że wizja podstępnego niemowlęcia knującego niecny plan podboju świata mnie nie przekonuje i postanowiłam, że jeśli Dzik ma się przyzwyczaić do noszenia i przytulania, to proszę bardzo! Czas biegnie tak szybko, że możliwe, że za kilka chwil stanie przede mną dojrzały przedszkolak, który wszelkie przytulaski będzie miał w nosie i jedyną ripostą na podejmowane próby publicznego kontaktu będą ripostowane Oj mamo! Dlatego korzystam, ile mogę. Ale ponieważ nie zawsze mogę fizycznie, to wspomagam się chustą.


Generalnie są dwa rodzaje społecznej reakcji na chustę 😉 Pierwsza to: Jezusie Nazarejski, zadusi dzieciaka!, a druga to: Źle dociągnięta chusta, pogłębiasz asymetrię, za mała dupowpadka! Także lekko nie ma, ale zdaję sobie sprawę, że zarówno pierwsza, jak i druga reakcja wynika tylko i wyłącznie z troski 😊 Z góry zaznaczam też, że nie jestem zadnym chustoświrem. Chusta to dla mnie narzędzie, nie styl bycia. Mam w domu jedną i jeśli akurat pasuje mi do stroju, to jest to raczej wypadkowa wielu zbierzności niż celowy zabieg 😉

Nie będę się tutaj rozpisywać nad zaletami chusty, jeśli macie ochotę zgłębić temat, to zapraszam  TUTAJ, TUTAJ i TU. Ja mogę jedynie podać kilka argumentów, które trafiły do mnie:

👍 wolne ręce, czyli można przytulać i jednocześnie jeść (tylko uwaga, żeby nie pobrudzić dziecka 😜), sprzątać, gotować, spacerować, wyjść z psem, czytać i co tam jeszcze
👍 można motać się od pierwszych dni nie czekając aż dziecko usiądzie (jak to jest w przypadku nosidła)
👍 zdrowsze plecy, czyli (pod warunkiem prawidłowego zamotania) mniej bolące plecy i odciążony kręgosłup
👍 zapobieganie kolkom, gazom i innym takim (to dzięki pozycji, w jakiej nosi się zamotane dziecko)
👍 bliskość i spokój, czyli dziecko jest blisko rodzica, słyszy i czuje bicie jego serca i dzięki temu czuje się bezpiecznie, a co za tym idzie jest spokojniejsze i mniej płacze 😊 


Oczywiście wszystko to pod warunkiem odpowiedniego i poprawnego zamotania się. Sama nigdy nie motałam się przy pomocy youtuba czy filmików instruktażowych. Zamiast tego wolałam umówić się na konsultację z certyfikowanym doradcą, który nie wyjdzie z mojego domu bez upewnienia się, że umiem to zrobić dobrze 😊 Przy okazji pomoże też w doborze chusty i odpowiedniego wiązania.

Tak naprawdę chusta według mnie ma tylko jeden mankament. Nasza chusta to bawełniana chusta tkana o splocie skośno-krzyżowym. Co prawda producent zapewnia, że do jej farbowania nie używa sztucznych barwników i w ogóle nie sposób znaleźć w niej jakiekolwiek szkodliwe substancje. Mimo wszystko chusta jest dość gruba i przy kontakcie ze skóra trochę ją podrażnia. W tym miejscu u Atopika pojawia się zaczerwienienie, które na szczęście szybko znika. Dlatego przy większych upałach zrezygnowaliśmy z chustowania. Z resztą raczej nie należymy do osób, które całe dnie spędzają zachustowane 😉 Nie chustujemy się codziennie (choć bywają i takie okresy), a jeśli już to nie dłużej niż na dwie godziny 😊

Nawet biorąc pod uwagę to delikatne podrażnienie skóry, chusta wydaje mi się być niezastąpiona w pewnych sytuacjach. Mało kto ma chyba tyle sił w sobie, żeby nosić dziecko kilka godzin, bo akurat odreagowuje szczepienie, nieprzespaną noc, albo po prostu ma dzień marudy. A w tym przypadku chusta jest niezastąpiona 😊